"Haliny Emigracyjne Rozkminy" - Kasia Krawiecka - I miejsce w konkursie "Co w sercu, to na papierze"


"Haliny Emigracyjne Rozkminy" - Kasia Krawiecka - I miejsce w konkursie "Co w sercu, to na papierze"


Zapraszamy do lektury tekstu "Haliny emigracyjne rozkminy", którym autorka, Katarzyna Krawiecka zdobyła I miejsce w konkursie literackim "Co w sercu, to na papierze", realizowanym przy współpracy ze Stowarzyszeniem Przystanek Horyniec i pod patronatem honorowym Ambasady Rzeczypospolitej w Londynie.


Autorka nagrodzona została kwotą £150 i dodatkową nagrodą książkową - "Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller" autorstwa Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej, oraz pamiątkowym dyplomem od AGNES HAND MADE CRAFT i ręcznie malowanym upominkiem ceramicznym wykonanym i ufundowanym przez Enchanted Petals Gift Shop.

"Bezkompromisowa nagroda. Laureatka wytypowana na I miejsce przez wszystkich członków Jury. Tekst wybija się językowo i fabularnie. Praca najciekawsza. Trafiająca w czytelnika. Pochłania go i ten na chwilę zapomina o rzeczywistości. Buszuje po wewnętrznym rozdarciu z bohaterką opowieści" (uzasadnienie grona jurorskiego).

Temat pracy: „Bilans zysków i tego, co stracone robię. I nie wiem, czy z radości czy z tęsknoty po Tobie.”

"Haliny Emigracyjne Rozkminy"


“Heart thoughts are profound, hindsight aches and hope is obscure. I'm craving a great adventure - one that leads me back home.”

― Donna Lynn Hope


To już koniec. Kaplica. Wracam do domu. Nie dam rady już dłużej udawać. Co z tego, że minął szmat czasu? Jak to się wszystko zaczęło? Pamiętam, ten dzień jak dziś. Umierałam z żalu wsiadając do samolotu pełnego krzyczących dzieci...


Ręce tak mi się trzęsły z nerwów, że gdybym nie wiedziała, że lecę do Londynu nie byłabym w stanie przeczytać nazwy na bilecie. Czułam się jak tchórz zostawiając schorowaną mamę z ojczymem, który odkąd tylko pamiętam uzależnił ją od siebie do tego stopnia, że nie umiała już samodzielnie myśleć.


- Tylko na dwa miesiące. Wakacje się skończą. Ja zarobię, podszlifuję angielski i wrócę. – przyrzekłam sobie.


Wracałam. Co pół roku, głównie na weekendy.


Rodzina patrzyła na mnie, jak na istotę z innej planety, która chociaż jest obca, żyje w miejscu, w którym pieniądze leżą na ulicach i dostaje się je za nic. Udawałam przed rodziną, że pracuję jako sekretarka w biurze polskiego architekta. Mamie serce by pękło, gdyby wiedziała, że zapieprzam po sześćdziesiąt godzin w ubojni kurczaków, by tylko jej fagas mógł sobie kupić w miarę nowego opla. Michał nigdy nie pałał do mnie sympatią, jednak regularne przelewy sprawiały, że chwalił się mną znajomym. Gdyby tylko znał prawdę... O tym jednak nie było mowy! Nigdy nie dam mu tej satysfakcji.


- Halina, wytrzymaj jeszcze... Polacy na wojnach walczyli, dziadek w AK, babcia obóz pracy przeżyła... A Ty chcesz się poddać? Polska to Twoja ojczyzna! – mój wewnętrzny głos nieustannie mnie terroryzował. – Pamiętasz, co mówiła babcia Józia? Polska to Twoja ojczyzna... musisz się poświęcać. Ona była gotowa umrzeć za swój kraj... A Ty? Za słaba jesteś... Do niczego się nie nadajesz. Co za bzdury! Sprzątanie kup po swoim psie, nie kombinowanie, płacenie podatków, życzliwość dla sąsiadów, znajomość lokalnych artystów, nie palenie w piecu śmieciami – to jest patriotyzm, a nie stawianie pomników na każdym kroku.


Byłam wewnętrznie rozdarta i kompletnie nie wiedziałam, co z tym zrobić. Te durne wdrukowane w moją głowę patriotyczne farmazony parzyły mnie, jak młode pokrzywy za każdym razem, gdy mi się przypominały. Być może dlatego, że się wcale z nimi wtedy nie utożsamiałam – ani tak naprawdę ich nie rozumiałam. Przyznaję się bez bicia; używałam ich tylko, gdy było mi to na rękę. Jak modną mantrę, jak pewnie większość moich znajomych. Do czasu.


Gdy nikt nie widział, rozklejałam się jak dzieciak. Codziennie analizowałam powody mojego wyjazdu i utopijne wizje mojego powrotu. Raz na zawsze. Równocześnie depresyjne myśli kłębiły się nad moją głową jak czarno-granatowe chmury, które nic dobrego nie wróżą.


Ciągnące się miesiące, w których owinięta szorstkim, choć ciepłym, kocem były nie do wytrzymania. Jak tchórz chowałam się przed światem w wynajmowanym pokoju pełnym wilgoci i zapleśniałych ścian. Materac był na środku, by grzyb nie przeszedł na rozlazły materac (tak niestety stało się z szafą).


Byłam jak zagubiona w górach owca, której pozostał tylko nieznośnie głośny, ciężki i męczący dzwonek uwiązany do szyi, który przeszywał całe moje ciało. Każda próba samodzielnego myślenia kończyła się potwornie; każda niechciana i coraz bardziej męcząca myśl wgryzała się zachłannie w zardzewiałe resztki moich szarych komórek siejąc totalne opustoszenie.


Marek, lokator którego pokochałam od pierwszego wejrzenia, zniknął tak szybko, jak się pojawił... Był jedynym powodem, dzięki któremu nie tęskniłam tak bardzo za domem w Polsce. Mogłam nie udawać takiej niedostępnej i dać się zaprosić na to piwo... Choć minęło już kilka miesięcy, tęsknię za nim i nie wiem, co z tym zrobić. Wyjechał do Portugalii.


Mogłam się domyśleć, że coś knuje; odkąd zaczął uczyć się portugalskiego zmienił się. Spędzał każdą wolną chwilę na rozmowach przez internet z tą Hinduską, by się podszkolić. Szlifował, szlifował i wyszlifował. Szlifiarz roku spakował się z dnia na dzień, zostawiając kota którego znalazł, i pojechał do niej. Zostałam sama.


Nie pomagał alkohol, który coraz częściej niezauważalnie wpraszał się na dolną półkę mojej ponurej i pustej lodówki. Kolorowo-mdłe butelki były coraz częstszymi towarzyszkami moich wieczorów. Piątek, środa, poniedziałek... Dni zaczynały wyglądać tak samo, więc zaczęłam je odliczać tymi cholernymi flaszkami. Malibu – poniedziałek i wtorek, Passoa – środa, czwartek, po pół butelki przed snem. W piątek szalałam ze słodkim winem udając, że się delektuję. Gdy miałam dosyć świata wypijałam całą zawartość krztusząc się. Tak, jakbym chciała moją tęsknotę utopić tak, jak sąsiad topił szczeniaki w studzience, gdy byłam mała.


Weekendy z kolei były bez hamulców; Jack Daniels mieszał się z czystą i czym tylko popadło... Trwało to kilka dobrych miesięcy, chociaż miałam wtedy wrażenie, że czas po prostu się zatrzymał. Byłam oderwana od rzeczywistości, jakby w innym wymiarze.





Obudziłam się koło południa. Chociaż mało pamiętałam z poprzedniej nocy psychiczne zdemolowanie i wewnętrzne roztrzęsienie dawało mi się we znaki, jak jeszcze nigdy wcześniej. Gdy pamięć zaczęła wracać modliłam się, by to był tylko sen.

Im bardziej wypierałam to, co się wydarzyło kilka godzin wcześniej, tym bardziej natrętne były myśli, które zmuszały mnie do powrotu do tamtych momentów.


- No ładnie... Mam nadzieję, że przynajmniej nikt tego nie nagrał...


Zaczęło się niewinnie. Kilka piwek z dziewczynami, tradycyjnie w pierwszą sobotę miesiąca. Kolejka drinków w drugim barze obudziły moje uśpione ego.


- Na pewno nie umiesz jeździć autem – podpuszczał mnie kolega z pracy, któremu się podobałam (wiem to od jego siostry, z którą pracuję). – Baba jesteś, nie wsiądziesz – podpuszczał mnie Darek.


- Ja nie wsiądę? Ja nie umiem jeździć? Nikki Lauda ze mnie żaden, ale Ciebie pokonam na pewno!


Wygrałam zakład, jak na sarmacką wojowniczkę przystało.


M4. 120 mil na godzinę (na jedno oko, bo droga była rozmazana przy obu otwartych). Przeżyłam. Pasażerom też nic się nie stało. Nikogo nie potrąciłam. Nie zatrzymała mnie (jeszcze) policja. W nic nie uderzyłam. Żaden znajomy też nie wyrwał mi kluczyków, bym nie jechała po pijaku,


Zaraz, zaraz... Dlaczego próbuję zwalać winę za moją głupotę na innych? To ja wsiadłam

półprzytomna do tego cholernego auta. To ja wdałam się wciągnąć w czyjąś gierkę. To ja trzęsę się jak osika, gdy tylko pomyślę, co mogłam powodować... To ja teraz muszę zrobić coś z tym rozlanym mlekiem.


- Co Ty opowiadasz? Jakie rozlane mleko? – pyta znajoma, gdy składałyśmy do kupy to, co się wydarzyło.


- Dobrze się bawiłaś, a wypić za dużo zdarza się każdemu. Nic nikomu się nie stało, a Darek nie powinien Ci dać kluczyków do audicy. To ewidentnie jego wina.


To był ten moment, w którym już nie mogłam dużej udawać. Spojrzałam na plakat, który kupiłam na wyprzedaży. „You say alcoholism, I say liver crossfit”.

Momentalnie przestał być śmieszny. Mam problem. „Yc tajm tu fink”, jak to mówią. Pomyślmy; każde wyjście ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Mogę udać, że nie ma problemu. Nawet nikt tego nie zauważy. Ograniczę picie, z czasem przerzucę się na zioło, amfę albo koks. Nikt nie będzie wiedział. Będę się bardzo dobrze z tym kryła; wypić kilka drinków to ludzka rzecz przecież. Wszyscy piją. Taki kraj. Kultura taka.


Historia mnie zmusza. Wojna, komuna i emigracja. To ich zasługa. Mam do wkodowane. Żyłam przecież w kraju w którym „pijesz, kiedy się cieszysz, pijesz gdy jesteś smutny”. Domówka, stypa, dół, radocha ogromniasta... Już pewnie historia zapomniała, kiedy zaczęto ogłupiać wódą Polaków – by przypadkiem nie myśleli za wiele, bo świat by wtedy zdobyli. Albo świat i okolice nawet.


Angole piją więcej. A tym w kraciastych spódnicach i Ruskim do pięt nie dosięgamy. A ja to już na pewno nie. Cóż począć? Ćwiczyć, by dążyć do mistrzostwa czy jak?

A może patriotyzm XXI wieku to abstynencja, a nie dbanie o mózgu wyżeranie?

A może patriotyzm to nie jak to Słowacki milion lat temu zarzucał Mickiewiczowi, że rany trzeba rozdrapywać (przy butelce wina), tylko zabliźniać, by móc sobie spokojnie żyć i robić wszystko, na co się ma ochotę?


Passoa przyprawiła mnie dziś o mdłości. Sącząc dla odmiany Żubrówkę z sokiem jabłuszkowym, miętą i plasterkami ogórków (przepis znaleziony na kartonie Tymbarka) włączyło mi się tęsknienie. To na pewno przez tą miętę...


Za moim ogródkiem pełnym chabrów i maków. Za maciejką. Mama zawsze siała ją pod oknem w kuchni, by jej słodki zapach umilał picie porannej kawy. Za duszną czeremchą, która choć drapała w gardło i jej nadmiar uchodzi za truciznę, była idealna do robienia soku do herbaty, który pachniał jak migdały. Pamiętam dokładnie ten przepis; w słoneczny dzień zrywamy duży bukiet czeremchy. Kwiaty oddzielamy od łodyżek, zalewamy gorącą (ale już nie wrzącą) wodą, dodajemy cukier, sok ze świeżo wyciśniętej cytryny i odstawiamy na kilka dni. Dobrze jest przykryć garnuszek, by paprochy nie powpadały do środka... Gdy sok się przegryzie wlewamy go do ślicznych butelek, opisujemy i chowamy na jesień i zimę.


- A może by tak to wszystko ciulnąć w diabły i wrócić? Nie mogłam już dłużej powstrzymywać łez, które napływały z każdej komórki mojego oka. Było ich coraz więcej i byłam pewna, że jeśli nie dokończę finezyjnego drinka momentalnie się odwodnię. Bez chwili zastanowienia wzięłam się za ratowanie mojego zdrowia i życia. Topienie smutków w alkoholu jest bez wątpienia moją największą pasją...





- Osz kurwa... – wymamrotałam bez większego entuzjazmu spoglądając z zażenowaniem w krzywo wiszące lustro. – Kiedy się tak zapuściłaś? Nie, motyla noga, położyłam się szczupła i po sześciogodzinnym odpoczynku obudziłam się z piętnastokilogramową zapasówką wtopioną w moją nieskazitelną alabastrową skórę.


- Chodakowska mnie oszukała – jęczałam – Kupiłam jej płytę pół roku temu i nie schudłam ani grama!


Nikt mi nie wspomniał, że mam ćwiczyć. Pic na wodę te jej programy treningowe. Nie daj się nabrać. Lepiej kebaba zamów, najlepiej z dowozem do domu.


Jak opisać życie na emigracji? Czułam, że ktoś mi wyrwał serce. Od jakiegoś czasu nie było mi potrzebne. Co prawda przez lata mój smutny organ pompował hektolitry krwii, jednak nie roznosiła ona żadnych wartościowych substancji. Nie było ich przecież w kawie, którą piłam w hurtowych ilościach. Nie było ich też w kababach ani smażonych na gorącym tłuszczu kurczakach ani w czekoladopodobnych tabliczkach czekolady, którą pożerałam kilogramami w każdej wolnej chwili.


E tam! Z moją figurą (dzięki Choda) mogę co najwyżej zostać pisarką. Ale uwaga, nie będę pisać swoich utworów dla mojej niespełnionej miłości, jak niejaki Adam M. Ani mi się śni! Siedząc w moim domem z ogrodem w Polsce, na który harowałam, jak ostatni jełop.


Wrócę do Polski... Kiedy? To ustala Pani May, więc zdołam odłożyć pewnie na nowiuśkie auto i willę. Jeśli chodzi o auta odkryłam prawdziwe oblicze Anglików! Otóż, od jakiegoś czasu zauważyłam, że na moim aucie jest coraz więcej rys. Bez powodu. Co najmniej po jednej na dzień! Ich przybywanie kończyło się, gdy z choinki zapachowej usunęłam naklejkę, na której był napis „Bollocks to Brexit”.


- Anyway. Po co wrócę? Zamyśliłam się żując listki mięty, do której już się przyzwyczaiłam. – By odczarować ten kraj! Pan Bierdoń próbuje, więc i ja mam szansę. Może zostanę kiedyś Jego sekretarką?


Milion lat temu Słowacki Juliusz zarzucił swojemu koledze po fachu, że ran nie wolno zabliźniać. Trzeba je rozdrapywać, by następne pokolenia znały naszą tragedię i mściły się okrutnie. Czy chciałabym tak żyć w zacietrzewionej i wiecznie obrażonej Polsce? Ta nienawiść jest nie do zniesienia...


„Makbeta” uwielbiam. Czytając go ostatnio wpadł mi cytat, który próbuję rozkminić. Bohater, Makbet znaczy się, gdy dowiedział się, że Lady Makbet nie żyje spiera się, że życie nie ma najmniejszego znaczenia; „It’s a tale. Told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing”. Szekspir miał coś z Polaka, bez dwóch zdań. Najpierw szkodzi, knuje, podjudza, zabija i niszczy, co ma na drodze, a na końcu i tak jęczy, że jest mu źle i nie tak, jak trzeba.


Jak bardzo upodobnię się do Makbeta po powrocie do Polski? Jak uporam się ze stereotypami, które prześladują mnie po nocach? Jak sobie z tym wszystkim poradzę? Jaką mam alternatywę?


A z tą moją tęsknotą... Jak to jest naprawdę? Procenty zaczynają już uderzać do głowy, więc mam odwagę się z tym zmierzyć.


- Jeśli chcę dobrze zarabiać, musiałabym mój dom marzeń mieć w dużym mieście. Gdy mama się źle poczuje wsiądę w samochód i od razu do niej pojadę. Ale zaraz, zaraz... Zajmie mi to z pięć godzin. Latem, gdy wszyscy chcą nad północ – ten czas znacznie

się wydłuży... Gdy jadę do mamy z Londynu zamykam się w siedmiu godzinach.


Skype, Messenger i wiele innych aplikacji na naszych supernowoczesnych smartfonach. Mogę rozmawiać z kim chcę, bez względu na odległość o każdej porze roku. Czy mieszkając w Polsce będę miała czas, energię i pieniądze, by jechać kilka godzin do ciotki, by napić się kawy, skoro nie chce mi się nawet do niej dzwonić raz w miesiącu?


Wyjazdy do Polski są jak święto. Taka współczesna wersja „Stu Dni Dookoła Świata”. Tysiąc pięćset kilometrów w trzy dni już nikogo nie dziwi. W Malborku babcia i w Zakopanym ukochana kuzynka. Łapiesz każdy moment. Chłoniesz każdą rozmowę zapamiętując każdy, nawet najmniejszy, szczegół. Gdy już zamieszkam w mojej ojczyźnie czy będę częściej odwiedzała bliskich, z którymi tak często rozmawiam przez internet?


Zmienię także definicję patriotyzmu w naszej wiosce. Zamiast obrażania Ukraińców pokażę, jak zbudować most zrozumienia. Rzeź wołyńska była prawie sto lat temu. Jako nie wcale taki gorszy sort mieszkający na obrzeżu Londynu mogę sobie tylko wyobrazić skrajne emocje, które towarzyszą młodym (bardziej lub mniej) Ukrainkom, wracającym z pracy, a gdy na dworze jest już ciemno.


Doskonale rozumiem, co czuje emigrant, który jest armatnim mięsem dla mediów. Politycy wiedzą, jak szczuć „yntelygentóf” na benefitach, którzy czerpią informacje o świecie z „Jeremy Kyle Show” i z „The Sun”. Znam to. Miałam nieprzyjemność poznania tego na własnej skórze. Przetrwałam zabijające każdą molekułę radości spojrzenia; pełne pogardy i buty.


Gdy wrócę już na zawsze do mojego wymarzonego domu nauczę rodaków znajdować w innych życzliwych sąsiadów i miłych kolegów z pracy... Tak zrobię!


Co jeszcze zmienię? Wymyślę sposób na to, byśmy my -Polacy - telewizji już nie oglądali. A zamiast do kościoła – do lasu z dziećmi, by tam się modlić. Szacunku ludzi do samych siebie, gdy w lustrze patrzą na siebie z odrazą patrzą.

Mam jeszcze trochę czasu, by rozkminić jak.


Jeny... Trzecia nad ranem. 0,7 pusta.


Tak, jak kocham swój kraj, tak na trzeźwo się nie da o niej myśleć z uśmiechem.


Kasia Krawiecka


#katarzyna_krawiecka #kasia_krawiecka #haliny_emigracyjne_rozkminy #co_w_sercu_to_na_papierze #przystanek_horyniec