"Kosmopolita na wygnaniu" - Karolina Antas - II miejsce w konkursie "Co w sercu, to na papierze".


"Kosmopolita na wygnaniu" - Karolina Antas - II miejsce w konkursie "Co w sercu, to na papierze".
"Kosmopolita na wygnaniu" - Karolina Antas - II miejsce w konkursie "Co w sercu, to na papierze".

Zapraszamy do lektury eseju "Kosmopolita na wygnaniu", którego autorka, Karolina Antas zajęła II miejsce w konkursie literackim "Co w sercu, to na papierze", realizowanym przy współpracy ze Stowarzyszeniem Przystanek Horyniec i pod patronatem honorowym Ambasady Rzeczypospolitej w Londynie.


Autorka nagrodzona została kwotą £100 i dodatkową nagrodą książkową - "Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller" autorstwa Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej, oraz pamiątkowym dyplomem od AGNES HAND MADE CRAFT.


"Dobrze dopracowany esej. Autorka nawiązuje do wielu znanych nam osób (Mickiewicz, Miłosz i inni) i z lekkością idzie z nimi w słowa. Wie, co chce nam przekazać i wprowadza nas w swój świat tak, że zapominamy, że przed nami długi tekst. Tekst wymagający pracy od autora - słownictwo, myśli, pomysł, interesująca wędrówka po temacie." (uzasadnienie grona jurorskiego).

Temat pracy: „W sercu i pamięci ten obraz przywołuję – a tam

lepszego opisania nie znajduję – niż słowami tymi, że Polskę w sercu mam i miłość do niej ciągle pielęgnuję.”


"Kosmopolita na wygnaniu"


Wstęp


Czym, w moim założeniu, miał być, a czym jest w rzeczywistości ten tekst? Miał on być suchym rejestrem zarówno tego, co zostało już kiedyś głośno przeze mnie wypowiedziane, jak i przemyśleń dotyczących mojego życia poza granicami Polski. Z góry skazaną na niepowodzenie próbą wyliczenia wszystkich ogólnie znanych prawd związanych z tęsknotą

emigranta za ojczyzną. Stał się jednak czymś zupełnie innym - zaledwie szkicem...


Tekst ten jest zatem zarysem konfrontacji moich oczekiwań, kiedy jako młoda dziewczyna, świadomie wybrałam życie z dala od rodziny i przyjaciół, z rzeczywistością, przy czym konfrontacja ta dokonuje się w kontekście dwóch, sprzecznych ze sobą, definicji kosmopolityzmu.


Opisuję tutaj, kim jest kosmopolita na wygnaniu, z którym się utożsamiam; sformułowanie to powstało dla potrzeb niniejszego tekstu i powinno uświadomić czytelnikowi, jak złożone, przygniatające, ocierające się niemalże o paradoks uczucia, towarzyszyły mi w procesie zrozumienia, kim w rzeczywistości jest obywatel świata w XXI wieku.


Jest to moja bardzo osobista, okraszona uśmiechem, a nierzadko łzami wzruszenia, krótka relacja z podróży w czasie i przestrzeni do miejsca, w którym spędziłam najbardziej beztroskie i szczęśliwe lata mojego życia, do ludzi, którym zawdzięczam moje całe jestestwo – to że w ogóle jestem, kim jestem, w co wierzę, jakimi wartościami kieruję się w życiu...


Relację tę ubogaciłam o refleksje na temat mojego teraźniejszego życia i środowiska w jakim się znajduję i rażący wydać się może mój negatywny stosunek do państwa, w którym obecnie mieszkam. Jak wcześniej jednak wspomniałam, wszystkie zawarte tu zagadnienia, podejmuję w bardzo pobieżny sposób i nie chciałabym, aby czytelnik odebrał, wybrzmiewające z tego tekstu, naigrawania się z angielskiego stylu życia, jako całokształt moich osobistych przekonań na temat Anglii i specyfiki jej rodowitych obywateli. Wydaje mi się sprawą oczywistą, że długoletnie obcowanie z ludźmi, nawet takimi, którzy różnią się od nas samych na prawie wszystkich możliwych płaszczyznach życia, „zobowiązuje” do wytworzenia relacji opartych na pozytywnych uczuciach. Tak więc i ja przez lata przywiązałam się i na swój sposób pokochałam ten, niegdyś odległy i dziwaczny dla mnie kraj, gdzie nie sposób uniknąć rozmów o pogodzie, a „tea time” ma niewiele wspólnego z piciem herbaty.


Chcę napisać również parę słów o kompozycji i stylu (bądź stylach) jakich użyłam spisując moje przemyślenia. Moim celem było stworzenie eseju, mam jednak poważne obawy, że powstała tu jedynie marna imitacja tej niezwykle wymagającej formy literackiej. Stopień nieudolności, z jaką łączę jeden werset z drugim, patos z ironią, styl potoczny z formalnym i z wieloma innymi, porównuję do stopnia przypuszczalnego zażenowania przeciętnego średniowiecznego partacza, który pokusiłby się o próbę nadawania kierunków nowym nurtom w kulturze i sztuce.


Jednak moja przewaga nad rzemieślnikiem średniowiecznym jest kwestią mojego umiejscowienia w czasie, kiedy praktycznie każdy może być artystą, sztuka uważana jest za anty-sztukę, a bogaci szukają w niej nowości, dziwactw, absurdu, przewrotności i abstrakcji. Z takiego punktu widzenia, niewykluczone jest, że analiza stylistyczna tego „dzieła” okaże się nie lada gratką dla zamożniejszych pasjonatów sztuki nowoczesnej, a ono samo stanie się dla nich fenomenem literackim XXI wieku.



Jadąc z Ziębic na zachód, dojeżdża się do miejsca, gdzie droga rozwidlając się, z jednej strony prowadzi do miasta powiatowego, Ząbkowic Ślaskich, z drugiej zaś do domu, do Rososznicy. Droga z Ziębic do Ząbkowic jest drogą główna, natomiast wieś Rososznica położona jest w swoistego rodzaju jej odnóżu; jest wsią nieprzelotową, co czyni ją wyjątkowo bezpiecznym miejscem, ale zawsze było przyczyną utrudnionej komunikacji miejskiej. Autobusy wjeżdżają do niej raz bądź dwa razy dziennie, tak aby przynajmniej dzieci miały ułatwiony dojazd do szkoły w Ziębicach. W miejscu, gdzie droga główna się rozwidla znajduje się niewielki mostek – jeśli ktoś z mieszkańców wsi potrzebuje dostać się do miasta komunikacją miejską musi, pokonując odległość około trzech kilometrów, dotrzeć „ do mostu”.


Byłam dzieckiem wrażliwym, dojrzałym emocjonalnie, ale też twardo stąpającym po ziemi, starającym się nie sprawiać kłopotów zapracowanym rodzicom (kwestią tą zajęłam się w

późniejszych latach). Piesze wycieczki sprzyjały moim, dziecinnym jeszcze, rozważaniom

egzystencjalnym, w których zastanawiałam się jak wygląda niebo, jaki jest sens uczenia się

wzorów matematycznych, których nie bardzo rozumiałam czy też jak poradzę sobie z rozłąką z domem rodzinnym i z samą wsią, kiedy moment ten nadejdzie.


Podświadomie, już jako dziecko, wiedziałam, że miejsce to, do którego czułam niezwykłe przywiązanie emocjonalne, nie było dane mi raz na zawsze. Marzyłam o dalekich podróżach, nauce języków obcych, poznawaniu obcokrajowców o innym, niż mój, kolorze skóry. Kochałam moich przyjaciół, którzy byli podobni do mnie w wyglądzie i zachowaniu, którzy praktykowali tę samą co ja religię, ale wiedziałam również, że dla człowieka z innego kręgu kulturowego przez sam fakt, że jest człowiekiem, znalazłabym tyle samo miłości i zrozumienia.


Najpiękniejszy krajobraz, szczególnie jesienny, to ten, który ukazywał się moim oczom tuż po przekroczeniu mostu. Każdy jego element był dla mnie idealny i pozostało tak do dziś; do momentu, kiedy po latach spędzonych poza granicami kraju jestem w podróży do Polski i na odcinku drogi pomiędzy mostem a moim domem rodzinnym, wchodzę na parę chwil w inny wymiar, nie istnieję dla teraźniejszości, a w mojej głowie odbywa się rytuał powrotu do domu.


Jeszcze jako osiemnastoletnia dziewczyna, w majowym referendum unijnym, opowiedziałam się po stronie eurosceptykow, a już po roku, korzystając z przywilejów obywatela państwa członkowskiego Strefy Schengen, z łatwością, bo bez konieczności załatwiania wizy, opuściłam ojczyznę.


W Anglii, obok niezależności finansowej, znalazłam to, o czym marzyłam jako mała dziewczynka, a w korespondencji do starszej siostry, niczym Seneka w liście do Lucyliusza, filozofował: patia mea totus hic mundus est ("cały świat jest moją ojczyzną"). Szybko oswajałam się z tutejszą wielokulturowością, poznawałam ludzi z najodleglejszych zakątków

świata, ich religie, poglądy i obyczaje, czułam jak moje horyzonty myślowe poszerzały się i że stawałam się lepszym człowiekiem. Jednocześnie czułam niewypowiedzianą i niezrozumiałą przez siebie samą frustrację, gdy moi bliscy z Polski wyrażali swój zachwyt nad światem zachodnim, krytykowali bądź odradzali powrotu do kraju rzucając prostackie „do czego tu wracać?”.


Takie konfrontacje sprawiały, że na moment stawałam się romantykiem, Mickiewiczem, Słowackim i Norwidem, utożsamiałam się z podmiotem lirycznym „Mojej piosnki”, a nic nie

znaczące dla mnie wcześniej słowa „ten tylko cię ceni ,kto cię stracił”, docierając bardziej do

mojego serca niż do rozumu, uświadamiały mi prawdę, którą nie każdemu (emigrantowi) jest dane poznać. Ja zaś nie miałam ani ochoty, ani czasu na tęsknotę i wszystkimi możliwymi sposobami broniłam się przed tymi patriotycznymi uniesieniami; byłam „człowiekiem mądrym„ i „szlachetną duszą” i doskonale wpisywałam się, w jakże błyskotliwą, definicję obywatela świata Demokryta.


Zawsze interesowałam się polityką – nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale fakt, że w

moim domu, przy okazji różnych uroczystości rodzinnych, dużo się politykowało, sprawił, że potrafię odróżnić ideologię prawicową od lewicowej. Od paru lat z niepokojem przyglądam się międzynarodowej arenie politycznej, a sformułowania typu „Europa dwóch prędkości” bądź absurdalny pomysł elit rządzących utworzenia armii europejskiej jeszcze bardziej wzmagają to uczucie.


Jeśli dodać do tego faktyczną dominację myślenia skrajnie lewicowo-liberalnego w Europie i szantaż emocjonalny w stosunku do części konserwatywnej, która nominalnie jest przecież większością w PE to myślę, ze mój niepokój jest całkiem uzasadniony. Przykładem

takiego terroru moralnego jest sytuacja, gdzie przewodniczący PE Antonio Tajani został

zaatakowany za to, że zamierzał brać udział w Światowym Kongresie Rodzinnym. Zarzucano mu, że kongres ten organizują środowiska homofobiczne, odrzucające równość, dyskryminujące osoby LGBT i naruszające wartości głoszone w PE. (Ja zaś myślałam zawsze, ze są to jedynie organizacje broniące tradycyjnej rodziny). Pod wpływem nacisków, zestresowany Tajani, deklarujący się jako katolik, zrezygnował ze swojego zamiaru uczestnictwa w kongresie - nie miał na tyle odwagi, żeby powiedzieć wprost, iż popiera tradycyjną rodzinę.


Przez takie sytuacje coraz więcej Europejczyków czuje się zagrożonych w swojej wolności - nagle nakazuje się im odrzucić tradycyjny system wartości, inaczej wychowywać dzieci, wyprzeć się tego, czym dotychczas się kierowali.


Lewicowa ideologia nie jest skierowana tylko przeciw rodzinie, ale też przeciw lokalnym wspólnotom, narodom i ich kulturze. Wydaje się to o tyle dziwne, ze kwestie polityki

rodzinnej, wychowania, kultury i obyczajowości w ogóle nie podlegają kompetencjom UE.


Wszystkie moje refleksje odnośnie funkcjonowania w Europie, prowadzą mnie do bolesnego wniosku: cóż to za „rodzinna Europa”, a moje wyobrażenia o niej, w zderzeniu z okrutną rzeczywistością, okazują się być mrzonką. Podobnie jak Miłosz, chciałam widzieć w Starym Kontynencie projekt, nie tyle polityczny, co aksjologiczny, chciałam wpisywać się w dziedzictwo konkretnych wartości, leżących u podstaw wszystkich europejskich kultur narodowych, tak aby słowo „kosmopolita ” brzmiało w moich ustach dumnie. Wierzyłam, że tylko takie spojrzenie na Europę daje szansę na to, aby przestała konkurować ona z narodową świadomością.


Status Europejczyka bowiem mają tylko ci, którzy czerpią z własnej narodowej tożsamości, ponieważ bez ojczyzny, bez korzeni własnej kultury, jest się rzeczywiście nikim. Dbanie o własne dziedzictwo jest sprawą nadrzędną, ponieważ wcale nie oddala od siebie narodów, a wręcz przeciwnie – pomaga im się integrować, gdyż przy całej swojej różnorodności, narody Europy mają wspólne cechy genetyczne.


Kiedy Czesław Miłosz w swojej „Rodzinnej Europie” wykazywał, że jego litewsko-polskie pochodzenie nie czyni go w Europie outsiderem czy kimś obcym, został przez wielu odebrany jako intelektualna chimera, której miejsce jest w objętym ochroną rezerwacie literatury, a nie na arenie politycznej.


Myślę, że podobnie i ja, mówiąc o wpływie dobrych polskich tradycji na kształt Europy, negując udział w „rewolucji kulturalnej” (niektórzy wolą ją nazywać anty-kulturalną), przeciwstawiając się modelowi czystego Europejczyka, oderwanego od swojej tradycji narodowej, również naraziłabym się tym, którzy zapominają, że „europejskość” nie jest budowana przez polityków czy ekonomistów, ani nie została też nikomu odgórnie nadana, a wyrasta z wcześniejszych doświadczeń historycznych wszystkich państw.


Czuję, że w obliczu laicyzacji naszego kontynentu, wszystko o czym marzę teraz, czego chciałabym dla siebie, Polaków, Europejczyków jest utopią, nigdy nieosiągalnym pragnieniem, jest moją naiwnością i powrotem do tej mnie, kiedy jako mała niewinna dziewczynka z Rososznicy, widziałam świat tylko w biało-czarnych kolorach i kreśliłam wyraźną linię pomiędzy dobrem a złem.


Moment,w którym przejeżdżam przez most tuż przed Rososznicą, to ten, kiedy wiem, że jestem w domu, a wszystko co rozprzestrzenia się przede mna wydaje sie idealne i skłania do wspomnień. Wzdłuż drogi, po mojej prawej stronie, rośnie kilka krzewów wierzby a ja, niezależnie od aktualnej pory roku, widzę na nich pędy porośnięte setkami kotków wierzbowych, a także, trochę jakby przez mgłę, małą, około ośmioletnią dziewczynkę, która aż podskakuje z radości na samą myśl o zerwaniu i dotknięciu tych puszystych, szarych kuleczek.


Podchodzi ona do swojej, stojącej na tle pustego okna, mamy (najprawdopodobniej wzięła się za wi